Jak to drzewiej bywało

Jak to drzewiej bywało

Wykorzystałam zdanie profesora Budajczaka, by napisać krótkie wspomnienia dotyczące początków naszej przygody z edukacją domową. W dzisiejszy mroźny, styczniowy poranek sięgnęłam pamięcią do tamtych czasów. Wspominam je z sentymentem i chętnie do nich wracam. Było to już prawie dwanaście lat temu. Madzia chodziła do zerówki (to był jej pierwszy kontakt z instytucją oświatową) i widziałam, że nasze żywe, ciekawe świata dziecko gaśnie. Często wracała do domu po prostu znużona. Kolorowanki z obowiązującej książki ją zniechęcały (a wcześniej lubiła to robić), wspólne lekcje czytania nudziły (bo Madzia już świetnie sobie z tym radziła), a relacje społeczne były trudne do zrozumienia. Jednego dnia na przykład usłyszała rozporządzenie od najpopularniejszej dziewczynki w grupie: „nie odzywamy się do Karoliny”. Nasza córka tego nie rozumiejąc tego, nie podporządkowała się „liderce”, za co następnego dnia ją spotkał ostracyzm. Strasznie to przeżyła. Od razu widzieliśmy, że w szkole nie rozwinie się ani intelektualnie, ani społecznie. Zresztą ja jako była nauczycielka ubolewałam nad stanem publicznego szkolnictwa. Zastanawiałam się, co zrobić w tej sytuacji. I zupełnie nieoczekiwanie wpadła mi w ręce gazeta „Ozon”. W artykule o edukacji domowej wypowiadały się dwie rodziny uczące w ten sposób swoje dzieci, między innymi państwo Budajczakowie. Od razu mi się to spodobało, ale mąż nie podzielał mojego entuzjazmu: „dasz radę nauczyć wszystkiego?”, „a wiesz, ile to będzie kosztowało?” – wyrażał swoje wątpliwości. Odłożyłam więc tego typu rozmowy na „lepszy czas”. I udało się. Na jakimś forum dla rodziców poczytałam o mamie- homeschoolerce spod Radomia. Bez chwili zastanowienia nawiązałam z nią kontakt i niedługo potem zostaliśmy zaproszeni całą rodziną do domku w lesie, gdzie mieszkała z mężem i dziećmi. To było przełomowe spotkanie. Zetknęliśmy się z zupełnie innym życiem niż to widziane wokół nas. Życiem, o którym chyba podświadomie marzyliśmy, nie wiedząc, że jest realne. I tu okazało się, że tak! Że tak można! Nie tylko ja byłam pod wrażeniem. Mąż od momentu tamtej wizyty stał się zapalonym zwolennikiem edukacji domowej. Zobaczył, że nie jest to szkoła w domu, jak sobie początkowo wyobrażał, ale pewna filozofia życiowa, bardzo nam bliska. Piszę o tym dużo w mojej książce „Edukacja domowa jako styl życia”. Wróciliśmy absolutnie przekonani. Dostaliśmy namiary do państwa Budajczaków, pionierów tej formy kształcenia i po godzinnej rozmowie telefonicznej, byłam jeszcze bardziej zachęcona. Do dziś pamiętam słowa Izy: „edukacja domowa jest piękna”. Przekonywało mnie też to, że oni mieli już wtedy prawie dorosłe dzieci i ED nie upośledziła ich w żaden sposób. Wręcz przeciwnie! Pozwoliła rozwinąć wszelakie zasoby serca i umysłu, ale też pozwoliła rozwinąć się społecznie. Potem przyszedł czas na książkę Marka Budajczaka „Edukacja domowa”. Jest to książka naukowca, który bardzo dokładnie i sumiennie zgłębiał temat w praktyce i teorii. Po przeczytaniu jej byliśmy już pewni, że nie zrobimy dzieciom w ten sposób żadnej krzywdy. Wyglądało raczej na to, że dużo zyskają.
Potem był zjazd w Olesinie. Pamiętam wiele inspirujących rozmów z Asią i Mariuszem, Magdą, Łukaszem, Olą, Piotrem, Nancy, Wieśkiem i innymi. W tym dość wówczas kameralnym gronie czuliśmy się trochę jak szaleńcy wyruszający wbrew całemu światu na przygodę naszego życia…. Było to wyrwanie ze schematów znanych nam od lat i poddanie się czemuś absolutnie nowemu. Atmosfera panująca w tamtym czasie bardzo nas wszystkich łączyła. Dzieci oczywiście szybko się socjalizowały i nawiązywały przyjaźnie, które owocowały kolejnymi przygodami. Jechaliśmy na przykład na urodziny najlepszego kolegi córki z Mikołowa do Elbląga. Bagatela! Wyjazd w piątek po południu, powrót w niedzielę nad ranem. Droga w obie strony zajęła mniej więcej tyle czasu, co pobyt u solenizanta.
No i wreszcie nie sposób nie wspomnieć o wakacjach u Nancy i Wieśka nad morzem. Ich domowe metody leczenia różnych dolegliwości, które opisuję w swojej książce, bardzo nam pomogły. Wyleczyliśmy nasze alergie, nadciśnienie, zatoki, nie stojąc w kolejkach u lekarzy. I na trwałe. Uczyliśmy się stylu życia niespotykanego na co dzień. I po dwunastu latach mogę powiedzieć, że jesteśmy ogromnie wdzięczni tym wszystkim osobom, także niewymienionym tutaj za to, że pokazali nam drogę.

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *