Macierzyństwo drogą do świętości

Macierzyństwo drogą do świętości

Lubię, gdy ktoś po przeczytaniu mojej książki „Edukacja domowa jako styl życia” dzieli się ze mną swoimi refleksjami. Cieszę się, że to, co piszę, budzi jakieś reakcje i przemyślenia, i że mogę je poznać. Kilka dni temu napisała do mnie jedna czytelniczka: „Dziękuję za podzielenie się doświadczeniem prowadzenia edukacji domowej – to jasne. Jednak głównie dziękuję Ci za świadectwo życia wiarą, zarówno Twojej rodziny, jak i innych wspomnianych w książce. Przyjęcie macierzyństwa w kontekście powołania do świętości, służby innym, jest czymś rzadko dziś spotykanym. Dlatego tym bardziej doceniam odwagę, z jaką upubliczniasz tę myśl. Jeszcze raz dziękuję za umocnienie i inspirację”. Przyznam, że bardzo mnie te słowa podbudowały, bo faktem jest, że zarówno dla mnie jak i rodzin opisanych w książce, życie wiarą jest wartością fundamentalną. Z tego wynika rozumienie macierzyństwa (w ogóle rodzicielstwa) jako drogi do świętości, a także podejście do wychowania, kształcenia i socjalizacji dzieci. Edukacja domowa nie staje się celem samym w sobie, a jest jedynie ważną częścią pewnego stylu życia. Mnie samą zastanowiło to, że chcąc opisywać doświadczenia różnych osób, zawsze gdzieś spotykałam się z kwestią wiary. Rozmawiałam na przykład z Bartkiem, wzorem przedsiębiorcy, będącym w grupie pięćdziesięciu najlepszych na świecie fotografów ślubnych. Chciałam pokazać, jak kształtowała się w nim osobowość człowieka biznesu i jak chce to przekazywać swoim dzieciom. W trakcie tej rozmowy Bartek jednak kilkakrotnie powtarzał : „napisz też o moim spotkaniu Jezusa”. I mimo zapewnień, że będzie to tematem innej książki (bo tworzę też serię dla małżeństw), napisałam i tutaj o tym, co jest dla Bartka absolutnym priorytetem od czasu, gdy się nawrócił. Podobnie było z innymi rozmówcami.
Kiedy prawie dwanaście lat temu spotykaliśmy pierwsze rodziny edukujące w domu, bardzo często zwracaliśmy uwagę na to, że są to rodziny głęboko przeżywające swoją wiarę. To nam imponowało. Tak pragnęliśmy żyć. I choć często nie było to łatwe, nie udawało się tak, jak byśmy chcieli, to ciągle wracaliśmy do pierwotnej motywacji. Edukacja domowa to czas spędzany wspólnie w dużo większej dawce niż przeciętnie, dlatego uczymy się wybaczania, cierpliwości, znoszenia siebie nawzajem. Poznajemy też ciągle swoje braki i niedoskonałości. Traktując poważnie sprawę wychowania, widzimy to, o czym pisała błogosławiona Marcelina Darowska, że „sił ludzkich na to za mało”, dlatego potrzeba ciągłego kontaktu z Bogiem, który najlepiej wie, jak trafić do serc naszych dzieci i On sam może je przemienić. Naszym zadaniem jest, jak mówi błogosławiona, „siać, orać, chwasty wyniszczać. Wzrost i plon może dać tylko Bóg” i na to trzeba czekać całe, całe lata. Do tego potrzeba nam długomyślności, cnoty dziś już zapomnianej, a tak ważnej według Marceliny. Długomyślność to właśnie cierpliwe oczekiwanie na dobro, którego się spodziewamy. Nie jest to łatwe w „cywilizacji guzika”, gdy wszystko chcemy mieć już i natychmiast widzieć owoce swoich wysiłków. W miarę lat widzę też, że Bóg oczyszcza nasze intencje i naszą miłość, która często jest interesowna. Uczy nas kochać dzieci, mimo że nie spełniają naszych oczekiwań i sprawiają mnóstwo kłopotów. Wychowanie to szkoła miłości, a przecież to właśnie do niej jesteśmy stworzeni. Bóg nas stworzył z miłości i do miłości. Na zdjęciu, Bartek i Ania z dziećmi 😊

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *