Wywiad z Profesorem Markiem Budajczakiem, autorem książki "Edukacja domowa...po latach".

Miałam niedawno zaszczyt wydać książkę Pana Profesora: „Edukacja domowa…po latach”. Jest to wydanie rozszerzone i uzupełnione. O jakie treści?

– To tak, jak z każdą inną książką. Przed wydaniem, mimo sprawdzania, wszystko wydaje się dobrze napisane, ale kiedy już tekst się zmaterializuje, zauważa się braki. Poza tym historie się rozrastają, a autor się rozwija, dowiaduje się nowych rzeczy i wpada na nowe, lepsze ujęcia określonej problematyki. Tak było i w tym przypadku. Historia mojej rodziny miała dalszy ciąg, więc w części książki jej poświęconej pojawiło się uzupełnienie. Dodałem pewien model, choć z drugiej strony część mniej reprezentatywnej bibliografii została pominięta. I, jak zawsze, także i w edycji autorstwa Państwa oficyny dałoby się to i owo ulepszyć. Ale te trzy dotychczasowe wydania już wystarczą.

Edukacją domową zainteresował się Pan Profesor już w roku 1991. Co Pana zainspirowało, by tak obszernie i wnikliwie badać ten, mało wówczas znany w Polsce, temat?

-Pierwsza książka o współczesnej edukacji domowej trafiła w moje ręce właśnie w 1991. To odkryta i przetłumaczona przez P. prof. Aleksandra Nalaskowskiego „Edukacja elastyczna” Rolanda Meighana. Następna książka tego samego autora została wydana dwa lata później. Uświadomiły mi one, że nauka w domu to nie przeszłość, a żywa teraźniejszość. A już wcześniej zrozumiałem, iż tak naprawdę w edukacji konieczna jest indywidualizacja lub, jak kto woli, personalizacja. Wystarczyło te dwie prawdy powiązać, a przecież pedagogika (sam jestem pedagogiem) potrzebuje właśnie prawdy, a nie kreowania pozorów – udawania edukacji.

Od tego momentu poświęcił Pan wiele uwagi zjawisku edukacji domowej, czytał Pan dużo anglojęzycznych publikacji, zapoznawał się z prawem wielu państw związanym z tą kwestią, poznawał rodziny uczące w ten sposób. Czy mógłby Pan Profesor opowiedzieć o tych swoich poszukiwaniach i pracy, której owocem jest między innymi wznowiona niedawno książka?

-Jako się rzekło, edukacja domowa dotarła do mnie z Wielkiej Brytanii. Wskutek poszukiwań literaturowych dowiedziałem się, że potentatami na tym gruncie są Amerykanie. Działał już Internet, więc dzięki jego informacyjnym zasobom i za jego pośrednictwem skontaktowałem się z najwybitniejszym badaczem edukacji domowej w świecie, prof. Brian’em D. Ray’em. Dzięki niemu poznałem wielobarwny amerykański, a potem światowy homeschooling.

Wiemy, że przygoda z edukacją domową nie skończyła się na teoretycznym opracowywaniu tego tematu, ale że zapragnął Pan w ten sposób uczyć Państwa dzieci. Jak się udało przekonać do tego odważnego kroku żonę?

-Równolegle do poznawania fenomenu edukacji domowej, zakiełkowała we mnie chęć spróbowania tego rozwiązania. Nie zakiełkowała na kamieniu, bo z jednej strony jako rodzice świadomie pracowaliśmy już wcześniej edukacyjnie z naszą córką Emilią i synem Pawłem, z drugiej zaś miałem za sobą szereg lat przygotowywania autorskich programów porządkowania szkolnych treści programowych (obok ponadprogramowych) w celu ich skuteczniejszej prezentacji i dla ułatwienia ich opanowywania przynajmniej przez tę dwójkę, która była już w wieku szkolnym. Ale do tego tańca trzeba było dwojga rodziców. Moja żona Iza, będąca osobą pragmatyczną, przewidywała „czarne scenariusze”, ale uległa mojej perswazji i wizji „edukacyjnego raju” dla naszych dzieci.

Jesteście Państwo pionierami edukacji domowej w Polsce. Uczyliście dzieci w czasach, gdy niewiele osób o takiej możliwości słyszało i byliście pozbawieni wsparcia, jakim obecnie uczące rodziny mogą się cieszyć, ale też przecieraliście szlaki, wpływając dość istotnie na sposób myślenia o edukacji. Co sprawiało największe trudności?

-Z „pionierstwem” jest spory kłopot. Gdybyśmy uznali, że każda edukacja realizowana w domu zasługuje na miano domowej to za prawdziwych pionierów musielibyśmy uznać Adama i Ewę albo jaskiniowców Freda i Barney’a z żonami. Jeśli zaś uważać będziemy za edukację domową tę jej postać, która wyznaczana jest przez prawny obowiązek nauki, to trzeba by owo pierwszeństwo odnosić do konkretnego państwa z jego historycznymi zaszłościami. Innym krajem była II RP (w niej tradycje guwerneringu z czasów zaboru były jeszcze silne), innym PRL, inny układ mamy obecnie. Jeśli chodzi nie tyle o pierwszeństwo, ale raczej o „przecieranie szlaków” dla innych przez podejmowaną aktywność publiczną, to rzeczywiście nas to dotyczy. Aktywność ta sprowadzała na nas niechęć, a nawet wrogość ze strony większości urzędników oświatowych: od dyrektorów szkół po ministrów edukacji, a nawet niektórych osób ze środowiska edukacji domowej (nierzadko korzystających z naszej pomocy). Byliśmy i jesteśmy przedmiotem kłamstw, pomówień i postępowania prokuratorskiego. To było i jest największym kłopotem, choć nie dziwi wcale.

Mimo tych wszystkich przeciwności, cieszycie się Państwo owocami swojej decyzji sprzed wielu lat. Co w sensie pozytywnym zawdzięczacie edukacji domowej?

-Tego jest wiele. To najpierw satysfakcja z tego, kim są nasze dzieci jako dorośli ludzie. To życzliwość wielu osób. To wreszcie przyjemność z obcowania ze wspaniałymi ludźmi: rodzicami edukacji domowej i ich dziećmi – twórczymi, pełnymi radości, otwartymi na świat.

Pańska rodzina cały czas wspiera edukację domową w Polsce na wiele sposobów. Organizujecie Państwo ciekawe konferencje, pomagacie zupełnie bezinteresownie wielu rodzinom, prowadzicie rozmowy z politykami. Jakie są Państwa pragnienia, jeśli chodzi o środowisko edukacji domowej?

-Życzymy polskim edukatorom domowym pełnej swobody działania i takiegoż zaufania ze strony władz. Rodzice są przecież pierwszymi wychowawcami swoich dzieci, a dzieci te zasługują na szacunek i wsparcie ze strony dorosłych. Edukacja domowa to odpowiedzialność wobec konkretnych osób wraz z odpowiedzialnością za przyszłość społeczeństwa.

Dziękuję za rozmowę.

rozmawiała Agata Głażewska

Leave a reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *